Prawo Laffera

O podatkach, bogactwie i wolności

Czy produktywność da się zmierzyć?

ROI - zwrot z inwestycjiFirma produktywna, to taka firma, która w jakimś rozpatrywanym okresie osiąga odpowiednio wysoką sprzedaż w stosunku do zainwestowanych środków. Warunkiem jest oczywiście uzyskanie dodatniego zysku, czyli firma musi być rentowna. Dobrym i popularnym wskaźnikiem pokazującym rentowność firmy jest zwrot z inwestycji (stopa rentowności), czyli ROI (ang. return on investment). Wyraża się on wzorem:

wzór na roi

gdzie: Zn-zysk netto (efekty), K-włożony kapitał (inwestycja).

ROI jest w istocie grupą różnych wskaźników ekonomicznych w zależności od tego, jaki charakter kapitału bierzemy pod uwagę.
Powyższy wzór mówi nam, czy firma w ogóle przetrwa (Zn > 0), a więc czy będzie w stanie cokolwiek produkować. Jest to oczywiście bardzo ważne i kluczowe, natomiast nie wiele mówi nam to o tym, jak bardzo firma jest produktywna. Możemy jedynie domniemywać, że duża rentowność wiąże się raczej z dużą produktywnością.

Aby lepiej zmierzyć produktywność, możemy posłużyć się poniższym wzorem, który wyraża wielkość sprzedaży S w stosunku do nakładów wejściowych K:

Miara produktywności

Wiedząc, że przemnożenie licznika i mianownika ułamka przez dowolną tą samą liczbę (różną od zera) nie ma wpływu na wartość ułamka, przemnóżmy licznik i mianownik przez liczbę P. Niech liczba P określa ilość wytwarzanych dóbr (produktów lub usług).

Powyższy wzór jest miarą produktywności, którą lepiej przedstawić za pomocą iloczynu dwóch liczb: W (wydajność) = P/K oraz M (marketing) = S/P.

W określa wielkość dóbr P, które firma jest w stanie wytworzyć wkładając w to środki K. Wielkość ta określa nam innymi słowy wydajność firmy i dotyczy tych zasobów firmy, które odpowiadają za wytwarzanie dóbr.
M określa wielkość sprzedaży S, jaką jesteśmy w stanie uzyskać ze sprzedaży dóbr P. Wielkość ta określa zdolność firmy do sprzedaży posiadanych dóbr na rynku, czyli dotyczy zasobów firmy odpowiedzialnych za marketing.

Ważnym wnioskiem, jaki powinniśmy wyciągnąć z powyższego wzoru jest to, że wydajność pracy W nie jest pojęciem tożsamym z produktywnością pracy. Co z tego, że uda nam się zwiększyć wydajność firmy i dajmy na to podwoimy wielkość wytwarzanych dóbr P przy tych samych zainwestowanych środkach K, skoro wzrost P zmniejszy nam, jak widzimy, wielkość kolejnego czynnika produktywności, jakim jest M = S/P.
Wydajność W określa nam jedynie to, ile jesteśmy w stanie wyprodukować dóbr "na magazyn", ale dobra te trzeba jeszcze umieć sprzedać na rynku (w kraju lub zagranicą).

W odróżnieniu od wydajności, produktywność firmy obejmuje oba powyższe elementy (W i M) i oznacza innymi słowy zdolność firmy do dostarczenia konsumentom określonych dóbr, tj. zarówno ich wytworzenia jak i sprzedania. Jeżeli wyprodukujemy czegoś za dużo, czyli coś niepotrzebnego, to będzie to oznaczało mniejszą produktywność i mniejsze bogactwo.

Czy jesteśmy produktywni?

Jak w kontekście powyższych rozważań wyjaśnić takie zjawiska, jak bezrobocie, czy emigracja? Czy istniejące bezrobocie jest konsekwencją tego, że mamy zaspokojone już wszystkie potrzeby i nie ma już chętnych na nowe dobra, które wymagałyby podjęcia pracy? Skoro wydajność (W) współczesnej gospodarki jest dużo wyższa niż kiedykolwiek wcześniej w naszej historii, to dlaczego tylu ludzi nie jest w stanie osiągnąć w naszym kraju odpowiedniego bogactwa i emigruje, aby wzbogacić się w innych krajach?

Dobrze wiemy, że potrzeby materialne większości Polaków na pewno nie są zaspokojone. Widzimy też, że pomimo wysokiego potencjału wytwórczego współczesnych technologii, nie jesteśmy w stanie wytworzyć w gospodarce wystarczającej ilości bogactwa, które by te potrzeby zaspokoiły. Produktywność

Oznacza to, że coś nie tak musi być z naszą produktywnością. Nawet jeśli większość z nas mimo wszystko pracuje i uznamy, że jesteśmy w tej pracy pracowici, to jak widać, stan naszego świata nie poprawia się na miarę naszych potrzeb. Wydaje nam się, że idziemy do przodu, ale ciągle drepczemy w miejscu. Procesy pracy, które realizujemy tworzą w sumie za mało wartości. Jeśli nawet niektóre procesy tworzą jakąś istotną wartość, to narosło nam w ostatnich latach zbyt wiele procesów, które nie tworzą żadnej wartości.

Co hamuje naszą produktywność?

W artykule "Czym jest produktywność?" podałem przykład dwóch społeczności mrówek, A i B, które budują swoje mrowiska. Jedno jest duże a drugie małe, jakby je coś hamowało. Gospodarka ludzka działa jednak zupełnie inaczej niż gospodarka mrówek. Praca mrówek jest nastawiona na realizację pewnego wspólnego celu i jest w jakimś stopniu centralnie sterowana. Nie ma tam miejsca na indywidualizm i własne plany życiowe. W przypadku ludzi, podobnie zachowują się co najwyżej społeczności plemienne gdzieś w dżungli amazońskiej lub afrykańskiej.

Współczesna gospodarka ma zupełnie inny charakter, gdyż jest gospodarką wymienną. Oznacza to, że warunkiem podjęcia jakiejkolwiek pracy jest wymiana. W przypadku mrówek, czy odciętych od świata wspólnot plemiennych nie jest konieczna żadna wymiana. Każdy mniej więcej wie, co ma robić i wszyscy pracują solidarnie na potrzeby wspólnoty.

W naszej gospodarce, wszystko co robimy, robimy dla kogoś innego. Za swoją pracę otrzymujemy najpierw pieniądze, a później kupujemy za nie jakieś dobra, które wytworzył jednak zupełnie ktoś inny.

Gdy sami podejmujemy jakąkolwiek pracę, to spodziewamy się otrzymać za nią odpowiednie wynagrodzenie pieniężne. Pieniądze są jednak tylko środkiem wymiany dóbr, dlatego pobierając wynagrodzenie pieniężne w określonej kwocie mamy nadzieję, że jakąś pracę podejmie również ktoś inny i że będzie to praca w jakiś sposób ekwiwalentna do naszej, czyli równie wartościowa. W ten sposób wszyscy jesteśmy zmuszani do wytwarzania czegoś wartościowego, przynajmniej się staramy.

W naszym interesie jest to, aby nie tylko samemu potrafić stworzyć coś wartościowego, ale by udało się to również pozostałym uczestnikom rynku. Gdy jednak tak nie będzie, tzn. im więcej uczestników rynku zacznie tworzyć jednak coś bezwartościowego, to nasza motywacja do wykonania własnej pracy będzie spadać, choćby była to praca jak najbardziej wg nas wartościowa.

Wysokiej klasy stomatolog nigdy nie dorobi się dobrego samochodu i super willi lecząc zęby na wyspie zamieszkałej przez prymitywne plemię indiańskie, choćby miał dużo więcej klientów niż w Nowym Yorku, czy w Warszawie. Dorobi się co najwyżej masy paciorków, świerzych bananów na każde śniadanie i egzotycznych owoców morza. Tylko tyle będzie mógł kupić za jakąś tamtejszą walutę, o ile będzie tam jakakolwiek waluta.

Im więcej ludzi wykonuje w gospodarce wymiennej bezwartościową pracę, tym mniej dóbr konsumpcyjnych na rynku, czyli niska siła nabywcza naszych zarobków. Zniechęca to ludzi po podejmowania pracy (bezrobocie) i zachęca do emigracji, gdy w innych krajach jest większa pula dóbr konsumpcyjnych do podziału.

Istnienie rynku i wolna konkurencja podmiotów gospodarczych powinna z założenia ograniczać tego rodzaju zjawiska, gdyż praca bezwartościowa jest w naturalny sposób przez rynek eliminowana. Nie dzieje się tak jednak, gdy pracę bezwartościową kogoś innego jesteśmy zmuszani opłacać poprzez podatki pobierane nam poprzez rząd, a więc w sposób nierynkowy lub gdy istniejące wymogi prawne zmuszają nas do opłacania bezwartościowej pracy związanej z obsługą tych wymogów. Tego rodzaju bezwartościowej pracy rynek nie jest w stanie wyeliminować. Znika natomiast wtedy z rynku praca wartościowa (bezrobocie) i trudno ludziom dociec tylko, dlaczego tak się dzieje.

Ma to wszystko bardzo zły wpływ na produktywność społeczeństwa jako całość. Nie dość, że część ludzi robi coś kompletnie niepotrzebnego, przez co na rynku jest mniej dóbr potrzebnych (które mogłyby być przedmiotem wymiany), to konieczność opłacania bezwartościowej pracy obniża rentowność firm (ROI). Z uwagi na niepotrzebne koszty zwiększa się prawdopodobieństwo tego, że część firm przestanie osiągać zysk (Zn), a to oznacza, że przestanie istnieć w ogóle albo po prostu nawet nie powstanie.

Z drugiej strony, jak najbardziej wzrasta rentowność firm zajmujących obsługą różnych regulacji ustawowych, co zwiększa nawet nasze PKB, ale firmy te nie tworzą żadnych wartości, czyli nie przyczyniają się do wzrostu naszego realnego dobrobytu. Ich ROI rośnie, ale powstały w ten sposób produkt jest tylko bezwartościową informacją zapisaną na kartce papieru, czy w komputerze. A właśnie, wyprodukowany na tą okoliczność papier, komputer, czy system informatyczny jest również przykładem produktu jak najbardziej bezwartościowego. Podobnie, jak przemysł informatyczny nastawiony na obsługę i usprawnianie bezwartościowych procesów informacyjnych. 

Naszą gospodarkę zżera rak biurokracji w formie całej sieci kompletnie bezproduktywnych procesów i nadmiernych regulacji. Usunięcie tego raka wydaje się rzeczą trudną, ale z drugiej strony przecież wszystkie jego punkty zaczepienia biorą początek w istniejącym ustawodawstwie, czyli zwykłych kartkach papieru.
Ech, marzy mi się taka wielka noc palenia ustaw.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nawigacja wpisu