Prawo Laffera

O podatkach, bogactwie i wolności

Jaka demokracja?

Jaka demokracja?W demokracji, politycy zawsze muszą coś obiecywać, a licytacja tych obietnic prowadzi do tego, że są one w końcu niemożliwe do spełnienia. Po prostu jest to matematycznie niemożliwe. Nie da się podzielić tortu tak, żeby suma kawałków była większa od całości. A jednak każdy wyborca widzi tylko swój kawałek tortu, bo taka perspektywa jest mu wtłaczana do głowy, w zamian za oddany głos wyborczy.

Żeby bowiem coś komuś dać, to trzeba albo komuś coś zabrać albo się zapożyczyć. Innej możliwości nie ma.

Niestety, obiecywanie niemożliwego ma swoje skutki uboczne – sytuacja pogarsza się jeszcze bardziej i kolejna przedwyborcza licytacja obietnic stwarza nowe problemy, które nigdy by się nie pojawiły, gdyby tylko władza nie chciała realizować obietnic, na które nas nie stać. Na tym właśnie polega problem demokracji i jest to zarazem jedna z podstawowych przyczyn efektu Laffera.

Postaram się ten mechanizm bliżej opisać i przedstawić inne rozwiązanie.

Gdy władza musi zabrać

W tym wypadku stosuje się podatki zgodnie z zasadą: minimum strat – maksimum korzyści. Innymi słowy wycisnąć z gospodarki jak najwięcej, ale tak, żeby stracić jak najmniej wyborców. Najłatwiej zabrać bogatym, bo jest to zdecydowana mniejszość wyborców, więc strata wyborcza niewielka. Niestety ludzi bogatych jest mało, więc suma wyciągniętych z ich kieszeni pieniędzy na pewno nie pokryje wymaganych wydatków państwa i nie zadowoli zdecydowanej większość, która zarabia dużo mniej. Trzeba sięgnąć do kieszeni średniobogatych i w końcu tych biednych. Dzisiaj, władza opodatkowała już prawie każdy obszar aktywności ludzkiej.

Zamiast podatków, władza tworzy też specjalne regulacje, które mają dać korzyść jednej grupie społeczeństwa kosztem innej. Przykładem tego jest płaca minimalna. Skoro pracodawca musi zapłacić więcej pracownikom, którzy do tej pory pobierali wynagrodzenie poniżej ustalonego przez państwo progu, to musi się to odbywać kosztem tych pracowników, którzy zarabiają więcej lub kosztem zysku firmy. Wartościowy i ceniony na rynku specjalista może np. nie dostać spodziewanej podwyżki, co zmniejszy ochotę do pracy, a zwiększy ochotę do emigracji. Gdy natomiast firma odniesie mniejszy zysk, to będzie się wolniej rozwijać, co zmniejszy szansę wyższych zarobków i wyższego zatrudnienia w przyszłości. Niektóre firmy mogą nawet zbankrutować a wtedy stracą na tym wszyscy zatrudnieni.

Jeśli ktoś twierdzi, że zarobki poniżej pensji minimalnej nie pozwalają na godne życie, to w większości przypadków ma oczywiście rację, ale rozwiązania tego problemu trzeba szukać zupełnie gdzie indziej.

Największym skutkiem ubocznym tego, że państwo zabiera tym, co zarabiają więcej jest w konsekwencji mniejsza produktywność gospodarki, gdyż obciążenia te uderzają najbardziej w tych, którzy do tej produktywności się najbardziej przyczyniają. A im mniej przedsiębiorców, im mniej firm i im mniej fachowców, czy generalnie pracowników zdolnych do tworzenia wartości rynkowej, tym mniej dóbr, czyli mniejszy dobrobyt dla wszystkich.

Pieniądze są tylko sposobem podziału tego "dobrobytu", ale jeśli jego wielkość jest niewystarczająca, to nie ma siły, zawsze będzie taka grupa ludzi, której zarobki znajdą się poniżej umownego poziomu pozwalającego na tzw. godne życie. Tylko produkcja dóbr na określonym poziomie gwarantuje stan, w którym jak najmniej ludzi znajdzie się poniżej progu ubóstwa.

Gdy władza bierze kredyt

Kredyt bierze się łatwo, bo ci, co go udzielają, wiedzą, że państwo jest dobrym klientem i pewnym płatnikiem. Na kredyt można kupić bardzo dużo, podwyżki dla jakiejś grupy zawodowej, autostrady itp. Właściwie wszystko można kupić ludziom na kredyt. A gdy trzeba go spłacić, to bierze się następny, czyli emituje kolejne obligacje. Rat kredytu spłacać zatem nawet nie trzeba, bo można go rolować, ale niestety trzeba przynajmniej spłacać bieżące odsetki. Problem zaczyna się wtedy, gdy sama wielkość tych odsetek staje się znaczącym obciążeniem dla budżetu, a są to obecnie już kwoty bliskie np. wpływom z podatku PIT czy CIT.

Jeśli obsługa długu staje się obciążeniem dla budżetu, to znaczy, że staje się obciążeniem dla wszystkich podatników, co jeszcze bardziej pogłębia skutki uboczne opisane wcześniej. Obsługa długu kosztuje nas coraz więcej, gdyż z roku na rok rośnie wielkość naszego zadłużenia. Planowany deficyt budżetowy 55 mld złotych na rok 2016 uchwalony jeszcze przez odchodzącą ekipę rządzącą będzie rekordowy w naszej historii.

Chociaż udział całego długu publicznego w stosunku do PKB nie należy jeszcze w Polsce na szczęście do najwyższych na świecie, ale istotne jest, że nasz system finansów publicznych nie jest w stanie funkcjonować bez deficytu budżetowego, czyli bez kroplówki w postaci ciągłego zadłużania się. Nasze państwo dalej się zadłuża, gdyż nie jest w stanie wycisnąć potrzebnych budżetowi pieniędzy z gospodarki (podatki), a śruba podatkowa jest już tak mocno dokręcona, że gospodarka przestała się już praktycznie rozwijać, przynajmniej na miarę społeczeństwa, które jest na dorobku.

Żadna z aktualnie wiodących opcji politycznych nie przejmuje się takim stanem rzeczy, tylko brnie dalej. A sztywne wydatki z tytułu zobowiązań społecznych będą w przyszłości rosły, co przy niskiej dzietności i wysokiej emigracji nie napawa, delikatnie mówiąc, optymizmem.

Państwo żyjące własnym życiem

Kolejną charakterystyczną cechą naszych demokratycznych realiów jest rosnąca tendencja państwa do regulowania wszystkiego, co się da. Ciągła licytacja obietnic po prostu zmusza polityków do wynajdywania nowych problemów, które chcieliby naprawić. Państwo zwiększa swoje kompetencje, rozbudowuje swoje struktury i nieustannie powiększa zakres ingerencji w te obszary naszego życia, które do tej pory, pomimo różnych problemów, nie wymagały specjalnych regulacji i jakoś sobie radziły. No ale im więcej pomysłów na wynajdywane problemy, tym większe szanse wyborcze.

Ważną role odgrywają tutaj media, gdyż ludzkie problemy również są przedmiotem ich zainteresowania. Akurat nic złego w tym nie ma. Problem pojawia się natomiast wtedy, gdy media są podporządkowane politykom i zaczynają realizować ich cele. A celem jest przekonanie wyborców, że samo się nic nie poprawi, że ludzie sami sobie z czymś nie poradzą i konieczna jest ingerencja państwa. Oczywiście z właściwym wskazaniem, która opcja takie zadanie najlepiej wykona.

Dla gospodarki najbardziej dotkliwe są przepisy i wymagania narzucane firmom, gdyż zmuszają firmy do wykonywania dodatkowej pracy, ponoszenia dodatkowych kosztów i generalnie zwiększają złożoność prowadzenia biznesu. Część regulacji pewnie ma swoje uzasadnienie, ale ten, kto prowadzi jakąkolwiek większą działalność gospodarczą wie, że liczba bezsensownych przepisów jest ogromna, stale rośnie, bo taka jest natura tego systemu.

Efekt gospodarczy jest tutaj podobny, jak w przypadku podatków – niechęć do zakładania lub rozwijania biznesu, czyli mniejsza pula dóbr tworzonych przez gospodarkę, która jest następnie dzielona na wszystkich za pomocą pieniędzy. Mniejsze są również wpływy podatkowe z gospodarki (efekt Laffera), ponieważ podstawa do opodatkowania jest mniejsza od wielkości, która byłaby możliwa w gospodarce nieskrępowanej przepisami i podatkami.

Zniewolenie

Trwanie takiego systemu przez dziesiątki lat doprowadza społeczeństwo do stanu, że ludzie przestają wierzyć w swoje możliwości. Uzależniają się od państwa i coraz bardziej przyjmują postawę roszczeniową. Państwo zaś, uzależnia się od długu, który działa jak narkotyk – im więcej bierzesz, tym więcej musisz wziąć w przyszłości, aby utrzymać dobre nastroje społeczne no i żeby przelicytować nowymi obietnicami partie konkurencyjne.

Już Karol Marks stwierdził, że "wystarczy wprowadzić demokrację, a ludzie większością głosów wybiorą socjalizm".

W istocie, jest to wybór niewolnictwa, gdzie nadzorca niewolników jest wybierany demokratycznie. Ludzie świadomie rezygnują ze swojej wolności, w zamian za bezpieczeństwo. Godzą się nawet na system kar przewidzianych za to, że narażają swoje własne życie na niebezpieczeństwo.

Takim prostym przykładem jest chociażby zakaz jazdy we własnym samochodzie bez zapiętych pasów. Dobrze, że możemy jeszcze chodzić po Orlej Perci. Przecież zakaz chodzenia nad przepaścią na pewno byłby korzystny dla nieodpowiedzialnych turystów, ale byłby zarazem dowodem tego, że jesteśmy pozbawieni wolności, wolności, która nikomu innemu przecież nie przeszkadza. Nie ma kompletnie znaczenia, czy obowiązek jazdy w pasach jest dla kogoś korzystny, czy nie (np. ja uważam, że jazda w pasach jest korzystna).

Chodzi jednak o zasadę, żeby ten wybór był wolny, bo w przeciwnym razie przyzwyczaimy się do bycia traktowanym jako niewolnicy.

Wolny rynek

Życie w państwie opiekuńczym rodzi również strach przed wolnym rynkiem. Ludzie boją się go, bo myślą, że sobie na nim nie poradzą. Politycy również boją się wolnego rynku, bo wiedzą, że w przeciwnym wypadku staliby się niepotrzebni. I tak to się wszystko nawzajem nakręca ku szczęściu obu stron, ale jest to szczęście pozorne, przynajmniej dla wyborców.

Wolny rynek staje się również niewygodny dla wielkiego biznesu. Bo po co dawać szansę rozwoju potencjalnej konkurencji? Przede wszystkim jednak można z władzą zrobić wiele dobrych interesów, poprzez lobbowane regulacje, ustawianie kontraktów, czy dostęp do pieniędzy publicznych. Państwo, za sprawą swoich urzędników, zamiast pilnować reguł uczciwej konkurencji, samo je niszczy. Tylko dlatego, że dajemy temu państwu za dużo pieniędzy i kompetencji.

Budżet Polski jest zbyt duży w stosunku do aktualnych możliwości wytwórczych gospodarki. Mogłby być jednak dużo większy, gdyby większa była gospodarka, czyli gdybyśmy 25 lat temu wybrali inną ścieżkę rozwojową.

Grupy interesu

Jeśli wielki biznes lub jakaś inna grupa wpływów stworzy partię realizującą jej interesy, program tej partii nie ma znaczenia, może być to nawet program bardzo rozsądny. Celem nie jest tu realizacja jakiejś idei, ale realizacja interesów grupy interesów.

Ważne, żeby pozyskać jak najwięcej wyborców, jak najlepiej spełnić wszystkie obietnice i utrzymać się u władzy za wszelką cenę.

Jeśli pomimo wielkich wysiłków (bez skrupułów finansowanego oczywiście również z długu), partia taka traci zaufanie wyborców, to trzeba stworzyć jakąś tratwę ratunkową, czyli inne wydanie poprzedniego wcielenia, np. bardziej "Nowoczesne". Nawet jeśli nowy twór nie uzyska większości, to odbierze przynajmniej elektorat tym siłom, które mogły by najbardziej zaszkodzić grupie interesów.

Taką partię, która działa w interesie swoich mocodawców łatwo rozpoznać po tym, że szybko zmienia swoje poglądy (i obietnice). Jest albo bezideowa albo zmienna ideowo albo jest otwarta jednocześnie na różne idee i zaprasza w swoje szeregi nawet "odszczepieńców" z partii opozycyjnych. Liczy się zasada: za wszelką cenę.

Problem: Każdy chce innej Polski i wszyscy narzekają

W sporach politycznych nie zawsze chodzi o pieniądze. Obywatele różnią się od siebie na różne sposoby, między innymi światopoglądowo, co jest zupełnie normalne. Skoro jednak państwo wszystko reguluje np. kwestie religii w szkole, czy krzyży w szkolnych klasach, to tu też dochodzi do konfliktów wśród obywateli. 

Jeśli partie polityczne są ideowe, to społeczeństwo się antagonizuje. Jeśli są bezideowe, to nie mają poparcia albo szybko tracą wiarygodność.

Jedni chcą żyć w takiej Polsce, a inni w innej. Każdy ma swoją ulubioną opcję polityczną i wymarzoną wizję państwa, przy czym w Polsce rozkład tych preferencji jest stosunkowo równomierny. Opcja mająca najwięcej zwolenników obejmuje zazwyczaj 30-40% elektoratu, co oznacza, że po dobraniu koalicjanta z poparciem powiedzmy 10-20%, tylko 30-40% będzie w pełni zadowolona, 10-20% będzie średnio zadowolona, a cała reszta (<50%) będzie niezadowolona. 

Przy kolejnych wyborach role się odwrócą. Proporcje będą podobne, ale będą obejmowały już inny elektorat. Jakby nie patrzeć, największa część elektoratu jest zawsze niezadowolona. A nawet, jak udział niezadowolonych osiągnie 35-45%, to i tak jest to dość spory udział. Czy tak ma wyglądać ten najgorszy system, od którego rzekomo nic lepszego nie wymyślono?

Rozwiązanie: Państwo minimum

Państwo minimum oparte jest na systemie, które możemy nazwać systemem wolnościowym, zupełnie odmiennym od rozwiązań panujących obecnie.

Duże państwo, czyli państwo maksimum, to panstwo o mocno rozbudowanych kompetencjach oraz rozwiniętej kontroli nad gospodarką i społeczeństwem. Takie państwo musi prowadzić do patologii, co dzisiaj staje się już chyba dla wszystkich oczywiste. Właściwie sam fakt, że państwo jest duże stanowi już patologię.

Jeśli każdy walczy demokratycznie o "swój" model państwa w warunkach państwa maksimum, to jeśli odniesie sukces, inne grupy społeczne odnoszą porażkę, gdyż są zmuszane do życia w państwie, którego nie znoszą. Jedni oglądają w telewizji swoje niekwestionowane autorytety, na które inni nie mogą już patrzeć. Nie byłoby tego konfliktu, przynajmniej w takim stopniu, gdyby państwo było małe, czyli gdyby państwo nie miało tak wielkiego wpływu na nasze życie.

Jeśli weźmiemy np. krzyże w szkołach, to problem ten można rozwiązać zupełnie inaczej. Państwo nie musi tego regulować, a decyzje o powieszeniu krzyża w klasach można pozostawić każdej szkole indywidualnie, kierując się najlepiej zdaniem rodziców. Można też wprowadzić bon oświatowy i wtedy każdy rodzic będzie mógł posłać swoje dziecko do takiej, szkoły która mu odpowiada. Przy okazji rozwiążemy szereg innych problemów związanych funkcjonowaniem szkolnictwa, a rynek sam pokaże, czy przetrwają szkoły prywatne, czy państwowe. W systemie wolnościowym, rozwiązań może być wiele i nie muszą to być rozwiązania idealne, ale się doskonalą i dają mniejszy udział osób niezadowolonych w porównaniu z rozwiązaniem, gdzie wszystko jest centralnie zadekretowane.

Przed wojną, krzyże w polskich szkołach były powszechne nie dlatego, że państwo tak zarządziło, ale dlatego, że większości społeczeństwa nie przyszło by nawet do głowy to, żeby tych krzyży mogło nie być. Jeśli dzisiaj takiej powszechnej woli już nie ma, to nie oznacza, że jest to problem, który można rozwiązać tylko poprzez państwo.

Gospodarka w państwie minimum

Kluczową sprawą jest jednak gospodarka, która w państwie minimum rozwija się bez aktywnej pomocy państwa. Rola państwa sprowadza się głównie do dbania o zwięzłe i proste prawo oraz sprawne sądownictwo. Ministerstwo gospodarki jest oczywiście zbędne. Ludzie działają w gospodarce swobodnie i swobodnie się bogacą, tzn. bez żadnych ograniczeń. Swoje potrzeby zaspakajają sobie sami nawzajem poprzez gospodarkę, bo taki jest sens gospodarki wymiennej.

W gospodarce wymiennej, im jakiś bogacz staje się bardziej bogaty, tym więcej bogactwa przypadnie komuś innemu. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby każdy mógł zostać bogaczem, o ile zawdzięcza to własnej pracy i zaradności w zaspakajaniu potrzeb innych.

Ustalanie jakichkolwiek granic bogactwa czy koncentracji kapitałów jest szkodzeniem gospodarce, czyli wszystkim. Celem gospodarki jest konsumpcja, czyli tworzenie jak największej ilości dóbr, bez jakichkolwiek granic, przynajmniej w kraju na dorobku. Producent młotków produkuje młotki nie dla siebie, tylko dla innych. Niech się więc bogaci ile może i niech tych producentów będzie jak najwięcej (konkurencja). O ile oczywiście są chętni do kupowania młotków. Będzie ich jednak tym więcej, im więcej będzie produkowanych innych dóbr. Nie wiem jakich, ale nikt tego lepiej nie określi, jak wolny rynek. I żaden minister gospodarki też nie jest do tego potrzebny.

O ile państwo maksimum koncentruje się na dzieleniu bogactwa, tak państwo minimum koncentruje się tym, aby bogactwo się mnożyło.

W proponowanym rozwiązaniu nie ma nawet znaczenia to, czy mamy demokrację, monarchię, czy dyktaturę. Demokracja nie wyklucza przecież totalitaryzmu, a mam wrażenie w takim systemie zaczynamy żyć. Jako, że nie mamy ani króla, ani kandydata na dyktatora, to póki co jesteśmy skazani na demokrację.

Nie robiłbym specjalnego problemu z tego, w jaki sposób wyłaniana jest władza. Ważne, żeby władza państwowa nie była zbyt duża, czyli żeby ludzie mieli większą wolność i władzę nad sobą.

Przykłady

Historia zna przykłady krajów pozbawionych demokracji (np. Hongkong, czy Singapur), które dzięki wolności osiągnęły spektakularny sukces gospodarczy i wysoki dobrobyt. Głosowanie demokratyczne nikomu tam do szczęścia nie było specjalnie potrzebne. Nawet konstytucja USA została stworzona przez "Ojców Założycieli", czyli w warunkach niedemokratycznych. Również dzisiejsze Chiny nie są demokratyczne, pozbyli się socjalizmu i rozwijają się imponująco.

Nie podaję tych przykładów po to, żeby propagować jakąś dyktaturę, ale żeby przeciwstawić się pomysłom mówiącym, że jedynym warunkiem naszej pomyślności jest jak największa demokracja i jak największy wpływ każdego z nas na władzę. To jest ślepa uliczka. Lepszy jest system wolnościowy.

Sposób na zabezpieczenia socjalne

Nie jest prawdą, że system z państwem minimum jest korzystny tylko dla ludzi bogatych, zdrowych i uzdolnionych. Gdyby tak było, to do USA wyjeżdżaliby tylko tacy ludzie, a ludzie biedni i wyzyskiwani przez przebrzydłych kapitalistów uciekaliby do Europy. Kierunek migracji był jednak odwrotny. Do USA wyjeżdżali z Europy ludzie biedni po to, aby być właśnie wyzyskiwanym, ale w zamian mogli się swobodnie bogacić i pomnażać swoje bogactwo.

W państwie minimum, ludzie rozwiązują swoje problemy w zasadzie samodzielnie. Ludzie niezdolni do samodzielnego rozwiązania swoich problemów wymagają pomocy ze strony innych. Nie oznacza to jednak, że do wykonywania tej roli najlepiej nadaje się państwo, choć nie musimy tego koniecznie wykluczać. Zakres międzyludzkiej, dobrowolnej pomocy byłby jednak dużo większy, gdyby społeczeństwo było bogatsze, czyli gdyby znieść wszystkie opisane wcześniej ograniczenia, które powstawanie tego bogactwa blokują. Innego cudownego sposobu po prostu nie ma.

Gdyby ludzie mogli się bardziej bogacić, nie byłoby również tak dużej liczby beneficjentów pomocy społecznej.

Jeśli uznamy, że pewne zadania w zakresie pomocy społecznej powinny przynależeć jednak do państwa, czy do samorządów, to też jest to możliwe, ale pod warunkiem, że nie będzie to miało skutków ubocznych w postaci hamowania gospodarki.

Musimy odwrócić kolejność rzeczy. Najpierw musi się rozwinąć gospodarka (podstawa do opodatkowania), a wpływy podatkowe zwiększą się po jakimś czasie automatycznie bez konieczności jakiegokolwiek podwyższania stóp podatkowych. Wg mnie, jest to możliwe tylko w warunkach systemu wolnościowego. Skończą się wtedy jałowe spory i dyskusje na temat tego, komu najlepiej sięgnąć do kieszeni, żeby wszystkim zrobić dobrze. 

 

Komentarz do: “Jaka demokracja?

  1. KrzyŻak Z dnia: 2016-04-16, 16:53 :

    Kapitalny artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nawigacja wpisu